• Wpisów:9
  • Średnio co: 234 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 00:23
  • Licznik odwiedzin:3 755 / 2345 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Blask księżyca zawsze skłaniał mnie do refleksji. Nigdy nie przypominał mi rogalika czy żółtyej plamki na niebie. Babcia mawiała za życia, że tam gromadzą się wszystkie dobre dusze by rozjaśniać drogę ludziom na ziemi... Mocno wierzę w to, że w nim ukryta jest odpowiedź czym tak na prawdę jest dobro. Czy można być duszą oświetlającą drogę mimo popełnienia okrutnych rzeczy nieświadomie? Czy osoba która krzywdzi innych robiąc to niezależnie od siebie, jest zła, czy dobra? Myślę, że nawet babcia nie znałaby odpowiedzi.
Siedziałam wtulona w Jamesa. Czułam jego delikatny oddech na swojej szyi. Płomienie ogniska przypominały radośnie skaczące duszki. Kate zaczęła grać na gitarze i podśpiewywać. Wreszcie razem z Paulem namówiliśmy ją żeby coś zaśpiewała. Miała niesamowity głos. Kevin jak zwykle odpłynął do innego świata. Pewnie znowu ćpał cały tydzień. Sara wtulała się w niego co chwila odganiając komary, piszcząc i narzekając że chce normalną toaletę, a w ogóle to żałuje że tu przyjechała. Widząc, że wszyscy ją ignorują odpuściła i zabrała się za podziwianie swoich kolorowych paznokci. Około dwudziestej trzeciej Kevin zaczął opowiadać legendy napisane przez jego przodków, które dotyczyły miejsca w którym przebywaliśmy.
-Wiecie że te lasy były zamieszkiwane przez demony? Podobno dotąd słychać od czasu do czasu jęki i przeraźliwy śmiech.
-przestań! - Sara nadaremno próbowała powstrzymać swojego chłopaka przed dalszym opowiadaniem, on jednak robił jej na złość.
-dziadek mi opowiadał, że był tutaj duch dziewczynki, którą zabił własny ojciec ponieważ nie miał pieniędzy na utrzymanie ich obojgu. Dziewczynka tego samego wieczoru przyszła po niego i teraz straszą tu razem. Podobno w tym lesie zadomowił się ostatnio seryjny morderca. Mieszka w opuszczonej chacie i ma piwnicę w której torturuje swoje ofiary.
-Przestań idioto! Nie rozumiesz że mnie to przeraża? - wrzasnęła Sara. Kevin dostał ataku śmiechu, a dziewczyna ze łzami w oczach oddaliła się od obozowiska.
-gdzie ona poszła? - spytał Paul. Skinęłam wzrokiem na Kevina, żeby za nią poszedł. Nie chciałam by coś jej się stało. James złapał mnie za rękę, weszliśmy do przyczepy campingowej. Mój chłopak odsunął chodniczek nogą i wyjął ze schowka w podłodze małą skrzynkę.
-Co to jest? - spytałam z zaciekawieniem, mierząc wzrokiem szkatułkę. Odpowiedział chichotem i podniósł wieko pod którym kryły się grzyby. Jednego włożył do ust i zaczął żuć.
-będziesz jadł grzyby? - spytałam zdziwiona.
-To nie są zwykłe grzybki, to halucynki. Myślisz że po co przyjechałem na to zadupie z tym wariatem? Spróbuj. Nie wiem ile można tego spożyć jednorazowo – zaczął się śmiać i podał mi grzybka. Na początku odmówiłam, ale po długich namowach wreszcie się zdecydowałam.
-To jest bardzo mocne? - spytałam.
-Nie, to słaby towar. Kevin mówił mi, że znalazł kiedyś grzybka który jest tak silny, że na 98% cię zabije, w przypadku pozostałych 2% tak byś się naćpała, że nie odróżniałabyś nieba od ziemi i sufitu od podłogi, nie mówiąc już o halucynacjach. - szybko dostrzegł moją przerażoną minę. - Nie martw się, nie trzyma go z innymi grzybami, musiał go gdzieś zabunkrować. Przysięgam, że spróbuję go przed swoją śmiercią. Top będzie najbardziej zwariowana śmierć na świecie!
-Muszę do ubikacji – ponieważ poczułam nagłą potrzebę skorzystania z toalety, udałam się w odosobnione miejsce. Idąc jednak w kierunku pobliskich krzaków czułam jak miękną mi kolana. Szybko straciłam czucie w nogach i runęłam na ziemię. Byłam tak otępiała, że nie mogłam nic powiedzieć. Z oddali dochodził głos Kevina i mojego chłopaka. Chciałam wołać o pomoc, ale byłam sparaliżowana. Moje serce biło jak bym uciekała przed stadem byków. Szumiało mi w uszach, oddech stał się płytki. Wszystko zalała fala ciemności. Czułam, że umieram. Nie mam pojęcia ile to trwało. Kiedy otworzyłam oczy, cała piątka pochylała się nade mną. Nie miałam siły się ruszyć. Odwróciłam tylko głowę i resztkami sił zwróciłam kolację. Do mojej głowy w spowolnionym tempie docierała kłótnia chłopaków.
-Co ty jej zrobiłeś debilu?! Chciałeś zabić swoją dziewczynę?
-Stary, wzięła tylko jednego!
-Jasne i po jednym ma zgona?
-Może się czymś struła?
-Jesteś takim kretynem czy tylko udajesz? W ogóle kto Ci pozwolił wziąć grzybki? - udało mi się jeszcze usłyszeć lawinę przekleństw skierowanych od Kevina w stronę Jamesa, zanim ponownie straciłam przytomność. Gdy otworzyłam oczy zorientowałam się, że leżę na materacu w namiocie. Serce nadal biło jak szalone. Moje oczy obserwując obiekt w którym się znajdowałam natknęły się na jakąś postać. Była to dziewczynka w białej sukience z czarnymi włosami spiętymi w dwa kucyki. Uśmiechała się do mnie promiennie. Nagle zauważyłam, że z jej głowy strumieniem leje się krew.
-Mój tatuś zaraz tu przyjdzie – oznajmiła z uśmiechem. Zaczęłam przeraźliwie wrzeszczeć, a owa dziewczynka rzuciła się na mnie próbując mnie obezwładnić. Do namiotu wszedł mężczyzna w średnim wieku z brodą i łomem w dłoni. Jego oczy były czarne.
-Nie mam pieniędzy, rozumiesz? Nie zniosę tego dłużej – bełkotał, po czym podniósł narzędzie do góry.
-Nie jestem twoją córką! Zostaw mnie! - byłam przerażona do granic możliwości, ale mężczyzna zachowywał się jak w transie. Jego wzrok był nieobecny. Dziewczynka wciąż próbowała mnie uspokoić śmiejąc się przy tym głośno. W ostatniej chwili wbiłam mężczyźnie nuż w szyję, krew rozprysła się na wszystkie strony, musiałam trafić w tętnicę. Dziecko wpadło w szał zaczęło wrzeszczeć i mnie szarpać, uderzyło mnie w policzek. Oczy dziewczynki stały się przekrwione, a zęby jak u przeraźliwej bestii. Próbowała mnie ugryźć. Wyjęłam niespostrzeżenie nożyczki z plecaka i wbiłam jej je prosto w oko, znowu polała się krew. Natychmiast wybiegłam z namiotu z ostrym narzędziem w dłoni. Wokół było pusto, ognisko dawno już zgasło. Moi przyjaciele musieli wybrać się na przechadzkę, ale dlaczego zostawili mnie samą w takim stanie? Strach paraliżował moje ciało. Czułam się beznadziejnie, właściwie to nie wiedziałam gdzie jestem i co robię, ale postanowiłam ich znaleźć. Ruszyłam w głąb lasu, idąc przed siebie. Po drodze kilka razy upadałam i wymiotowałam. Błądziłam tak około pół godziny, aż natknęłam się na mały drewniany domek, w oknie paliło się światło. Odetchnęłam z ulgą, że jestem uratowana, marzyłam tylko i wyłącznie o powrocie do domu, jednak gdy uchyliłam drzwi, przypomniałam sobie co mówił Kevin o pojawieniu się seryjnego mordercy w lesie. Natychmiast zrobiłam zwrot w tył, ale ktoś zdążył usłyszeć moje kroki. Zaczęłam biec ile sił w nogach, ale owa osoba pędem ruszyła za mną. Byłam zbyt słaba. Dopadł mnie po kilku sekundach. Muskularny łysy mężczyzna z wytatuowanymi wężami na całym ciele. Wrzeszczałam i wyrywałam mu się ile sił w płucach, ale nie miałam żadnych szans. Zaciągnął mnie po schodach do piwnicy w której unosił się dym i panował zapach alkoholu oraz krwi. Rzucił mnie na stół i próbował przywiać skórzanymi pasami, jednak zebrałam w sobie ostatek sił i walczyłam wytrwale. Jego spojrzenie siało pustkę, oczy nie posiadały duszy, a serce już dawno zastygło. Nawet nie próbowałam błagać o litość. On nie znał takiego słowa. W pewnym momencie wymacałam dłonią metalowe narzędzie i podczas gdy psychopata wiązał mi jedną z dłoni uderzyłam go z całej siły w głowę tak, że stracił przytomność. Byłam w szoku. Wzięłam co było pod ręką, czyli piłę motorową i wybiegłam z chatki. Z tą maszyną czułam się o wiele bezpieczniej. Tej nocy już nic nie mogło mnie zaskoczyć. Kilkanaście metrów od domku znajdowało się jezioro. Usłyszałam grę na gitarze i śpiew Kate, narodziła się nadzieja. Czując nadal ogromną adrenalinę w żołądku ruszyłam pośpiesznie w stronę dobiegających odgłosów. Odchyliwszy gałęzie ujrzałam przyjaciółkę odwróconą do mnie plecami. Siedziała na pniu drzewa i śpiewała grając na gitarze.
Kate! - wrzasnęłam, ale to nie była Kate. Kiedy odwróciła się w moją stronę spostrzegłam, że jej oczy są całe czarne i łzawią krwią, a na policzkach widnieją jakieś dziwne satanistyczne znaki. Od razu przypomniałam sobie opowieści Kevina o demonach. Poczułam tak przeraźliwy strach, że nie mogłam się ruszyć i prawie upuściłam piłę. Demon wstał i bez słowa powoli zaczął iść w moją stronę. Wtedy postanowiłam działać. Przerażona uruchomiłam piłę i rzuciłam się na postać, która przypominała Kate. Demon zaczął się śmiać, po czym runął na ziemię cały we krwi. Przez chwilę patrzyłam na ciało czując jak krew pulsuje mi w skroniach. Z transu obudził mnie głos mojego chłopaka.
-Lucy! Co Ty wyprawiasz? Popatrz na mnie! - moje oczy natychmiast odszukały w mroku sylwetkę Jamesa. Nie mogłam jednak w to uwierzyć. To byłoby zbyt proste. Uniosłam piłę motorową w górę i zaczęłam przeraźliwie wrzeszczeć. Byłam w szoku.
-Nie jesteś Jamesem! Jesteś demonem! Odejdź ode mnie, rozumiesz? Zostaw mnie w spokoju! - wrzeszczałam jak opętana.
-Uspokój się, to ja, opuść tą piłę do cholery! Odbiło ci? - wrzeszczał James. Nagle poczułam przenikliwy ból głowy i tracąc świadomość runęłam na ziemię.
Obudziłam się w objęciach wysokiej trawy. Dreszcze nieprzyjemnie łaskotały moje ciało, z nosa ciekła lepka czerwona krew.. Moje mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Czułam się jakby ktoś mocno uderzył mnie w głowę. Wszędzie panował mrok, a do moich uszu dobiegało głośne granie świerszczy. Usiadłam na ziemi i starając się poskromić strach z trudem przypomniałam sobie co działo się wcześniej. Wspomnienia wpędziły mnie w panikę. Ten las był jakiś nawiedzony! Musiałam natychmiast się z niego wydostać! Podniosłam się resztkami sił i rozejrzałam dookoła. Zaczynało już powoli świtać. Nagle między drzewami dostrzegłam światła latarek i poruszające się postacie. Pomyślałam, że i tak już nic mi nie może, mogę tylko zaryzykować więc zaczęłam do nich wołać o pomoc. Światła latarek skierowały się w moją stronę. Po kilku sekundach zorientowałam się, że są to mężczyźni w mundurach, policjanci. Zaczęłam wrzeszczeć żeby mnie stąd zabrali, osunęłam się na ziemię i zaczęłam płakać. Jeden z nich okrył mnie swoją kurtką. Nie pamiętam ile trwała droga do radiowozu, byłam w zbyt wielkim szoku. Wciąż widziałam cienie i czarne postacie między drzewami. Okazało się, że w radiowozie siedzieli już mój chłopak i Kevin, byli zdruzgotani, zaczęli błagać policjantów, żeby nie sadzali mnie obok nich. Nic z tego nie rozumiałam. Panowie zażądali wyjaśnień, więc zaczęłam opowiadać im o wszystkim co mnie spotkało. Patrzyli na mnie jak na wariatkę. Na końcu zerknęli na chłopaków. James był cały blady, umazany krwią. Kevin bardziej wyglądał na wkurzonego.
-Lucy... naćpałaś się. To wszystko było inaczej – oznajmił mi wprost.
-Co? Nie prawda! Nie wiesz co widziałam, nie masz pojęcia! - policjanci próbowali mnie uspokoić. Zażądali od chłopaków żeby opowiedzieli wszystko dokładnie.
-To wszystko przez tego idiotę – zaczął Kevin.
-Zabrałem Lucy do przyczepy i dałem jej grzyba halucynogennego. - oznajmił James. - ale tylko jednego! Sam wziąłem drugiego!
-Byłoby dobrze gdybyś nie poczęstował jej jednym z najbardziej niebezpiecznych! - warknął Kevin.
-Powiedziała że chce jej się do ubikacji, więc poszła. Kilka minut później znaleźliśmy ją nieprzytomną. - kontynuował mój chłopak nie wracając uwagi na Kevina.
-Nieprzytomną? Ledwo żywą! - dogadywał zdenerwowany przyjaciel. - Zostawiliśmy ją w namiocie z Sarą i Paulem i poszliśmy do domku nad jezioro. Myśleliśmy, że nie będzie tak źle, że tylko się naćpała. Tylko że ona dostała niezłych halucynacji. Tam prawdopodobnie zamordowała dwójkę naszych przyjaciół.
-Co? -zaczęłam wrzeszczeć jak opętana – To były duchy, nie rozumiesz? Ten facet myślał, że jestem jego córką, chcieli mnie zabić! James powiedz im, że ja nic nie zrobiłam! - mój chłopak patrzył na mnie ze smutną, przestraszoną miną. Nie dopuszczałam do siebie tej wiadomości, to nie mogła być prawda.
-Co było dalej? - zapytał jeden z policjantów
-Co było dalej? Jak w jakimś horrorze. Ona zachowywała się jak by opętał ją szatan. Dopadła na polanie Kate grającą na gitarze i pocięła ją piłą motorową. To samo chciała zrobić z Paulem, ale na szczęście w czas przywaliłem jej metalowym prętem w głowę. Byliśmy z kumplem w takim szoku, że zostawiliśmy ją w trawie i zwialiśmy po pomoc. - tłumaczył dokładnie Kevin. Wpadłam w szał, zaczęłam się szarpać i wrzeszczeć że oni kłamią, że wiem co widziałam i że las jest nawiedzony. Musieli skuć mnie kajdankami.
Przez cały ten mój najgorszy okres życia, który spędziłam w szpitalu psychiatrycznym, moim towarzyszem był księżyc. Wpatrując się w niego zawsze mówiłam do babci, która gdzieś tam łączyła się z innymi duszami i oświetlała mi mroczną drogę życia, żebym już nigdy nie zgubiła mapy, sięgając po grzyba... zwykłą roślinę z której można przecież ugotować pyszną zupę.
  • awatar Gość: ło ale ty żeś tu karyniła, aż wstyd. Ciekawe czy już żeś z tego wyrosła, ale szczerze wątpię :(
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Firany gęstej szarej mgły, niczym dywan zdobiły suchą trawę między nagrobkami. Pełnia księżyca delikatnie oświetlała zaniedbane przekrzywione krzyże, sztuczne kwiaty i wygasłe znicze. Drzewa smutnie poruszały starymi gałęziami i szeptały nazwiska zmarłych, którzy znajdowali się tuż pode mną, zakopani pod tonami ziemi, samotni, opuszczeni. Czułam szybkie bicie własnego serca, próbowałam wydostać się z tego przerażającego miejsca, ale nie mogłam. Coś kazało mi iść naprzód, między groby. Co chwila obracałam się za siebie, wołały mnie jakieś głosy. Nagle blada, rozkładająca się dłoń wygrzebała się spod ziemi i złapała mnie za nogę. Wrzasnęłam i runęłam na trawę, zatapiając się we mgle. Zaczęłam krzyczeć i kopać rękę, która ściskała mnie coraz mocniej, do bólu. Wyrwałam się wreszcie i przerażona podniosłam przy pomocy jednego z grobów. Przypadkiem zerknęłam na tabliczkę. Imię i nazwisko było tak dziwne, że gdy próbowałam je przeczytać plątał mi się język. Na środku widniała wyraźna data: + 1921, a pod spodem napis „Imię i nazwisko zmarłego jest klątwą. Przeczytane przynosi nieszczęście pod postacią śmierci. Zapal znicz, a wszystkie winy zostaną ci wybaczone. Klątwa zaś nie będzie Ciebie dotyczyć.” Poczułam dreszcz strachu. Nie miałam przy sobie ani znicza, ani nawet jednej zapałki. Szybko odwróciłam się, żeby uciec jak najdalej od tego strasznego miejsca, ale obok mnie ni stąd ni zowąd pojawił się przerażający posturą mężczyzna o bladej cerze, czarnych oczach i włosach do pasa. Ubrany był w staromodny płaszcz, a na jego ramieniu siedział kruk i patrzył na mnie mrugając ponuro. Mdlałam ze strachu, moje serce waliło, jakby chciało się wyrwać z klatki piersiowej.
-Lepiej zapalić – zabrzmiał jego gruby głos, a suche usta ułożyły się w uśmiech.. Nie mogłam wydobyć z siebie ani jednego słowa. Wybrałam jedną z mijających sekund i puściłam się pędem przed siebie, szukając wzrokiem bramy. - Zły wybór! - zawołał mężczyzna, a jego dźwięczny śmiech dognił mnie odbijając się echem od drzew. Każda część mojego ciała drżała, oczy błądziły po coraz to bardziej przerażających nagrobkach. Wszędzie widziałam niewyraźne postacie, zjawy i duszki. Zmarli biegali dookoła mnie, śmiali się i wołali. Inni klękali przede mną i błagali o pomoc, zbierało się ich znikąd coraz więcej i więcej. Dostrzegłam kościółek na środku cmentarza, wiedziałam, że mieszka tam pewien ksiądz. Byłam już blisko, czułam, że brak mi tchu. Jakiś blady mężczyzna w czarnych łachach rzucił się na mnie i zaczął coś majaczyć. Nie mogłam oddychać. Zaraz za nim dołączyli inni. Kobieta bez oka w różowej sukience, chłopak w czapce z daszkiem, wszyscy byli zimni jak lód, a ich oczy nieobecne, martwe. Jakiś dzieci zaczęły ciągnąć mnie za włosy. Szarpałam się i wrzeszczałam tak głośno na ile byłam w stanie.. Kopałam, biłam, broniłam się jak mogłam. Wreszcie adrenalina dodała mi siły i zaczęłam się im wyrywać. Pojawił się ksiądz, on też był martwy. Mówił do mnie coś w ich języku. Teraz nie było ratunku. Złapał mnie za gardło i dusił, łzy spływały mi po policzkach, ale nadal walczyłam. Wreszcie wrzaski zmarłych zaczęły cichnąć, a ja zaczęłam rozumieć co woła do mnie ksiądz. „Dziewczyno uspokój się, co Ci jest?” Jego twarz nabierała żywych kolorów, dłonie były już ciepłe, a oczy pogodne. Starał się mnie obezwładnić, a ja przerażona do granic możliwości rzucałam się jak opętana. Wreszcie opadłam z sił. Wokół panowała głucha cisza, wszystkie zjawy zniknęły, po mgle także nie było śladu. Cmentarz wyglądał zupełnie inaczej. Siedziałam na podłodze i starając się zrozumieć co się stało patrzyłam nieprzytomnie na księdza, który bez słowa złapał mnie za rękę i zaprowadził do kaplicy. Tam dostałam poczęstunek i koc. Jąkałam się i nie mogłam pojąć co się w ogóle stało. Pół godziny później na miejscu byli już moi rodzice. Długo rozmawiali z duchownym, a ja zupełnie nieprzytomna patrzyłam w ścianę. Tata chciał nawiązać kontakt, ale nie potrafiłam nic z siebie wydusić.
-To na pewno lunatykowanie? - pytał zdziwiony ksiądz.
-Tak, jestem przekonana. Nierzadko jej się to zdarza i często towarzyszą przy tym dziwne koszmary -tłumaczyła mama. - nigdy jednak nie wychodziła z domu.
-Albo wychodziła i o tym nie widzieliśmy – wtrącił tata.
-To bardzo niebezpiecznie. Zwykłe lunatykowanie polega na poruszaniu się podczas snu, ale lunatyk nie pamięta tego co robił. Ona jest przerażona, więc pamięta wszystko. Może powinniście zabrać ją do psychologa?
-Chodzi prywatnie. Wciąż jesteśmy dobrej myśli. Dziękuję księdzu za pomoc i najmocniej przepraszam za kłopot. - po tych słowach mama wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do samochodu. Przez całą drogę rodzice nie zamienili ani jednego słowa. Był to najdziwniejszy przypadek lunatykowania w moim życiu. Od tamtej pory dom był zamykany szczelnie na noc, a klucze chowano w tajemnicy przede mną. Czasem myślałam o moim dziwnym śnie, o klątwie. Wpadałam w panikę, że umieram. Z czasem jednak przekonałam się, że był to zwykły koszmar i że nic mi nie grozi.
Zegar zatrzymał wskazówkę na dwunastej, gdy ze snu wybudziło mnie przerażające uczucie strachu. Serce biło jak oszalałe, oddech wciąż przyspieszał. Miałam wrażenie, że coś złego się wydarzyło. Usiadłam na łóżku, zapaliłam lampkę nocną i starałam się uspokoić. Mój niewyraźny cień rysował na ścianie szczupłą sylwetkę z długimi rozczochranymi włosami. Przetarłam oczy i ospale udałam się do kuchni po szklankę wody. Odkręcając korek plastikowej butelki usłyszałam lekki szmer na ganku. Znowu poczułam niepokój, ponieważ tego dnia byłam w domu całkiem sama. Coś mnie tknęło, żeby pójść sprawdzić co się dzieje. Zapaliłam światło i wyjrzałam przez okno. Na werandzie siedziała zakapturzona postać, od razu poznałam tę bluzę. Odetchnęłam z ulgą, a na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Wcześniej też się spotykaliśmy z Kamilem na ganku nocą, bo moi rodzice nie pozwalali mi się z nim widywać. Przesiadywaliśmy tam godzinami, a ja rano nie mogłam się wybudzić. Od ostatniego czasu jednak zaczęli przymykać oko na nasze spacery. Nie mieli też nic przeciwko, gdy zapraszałam go do siebie. Chyba zrozumieli jak bardzo go kocham i że nie jestem już małą dziewczynką. Poza tym nasz związek trwał półtora roku przez cały czas, gdy moje koleżanki zmieniały chłopaków jak rękawiczki. Zastanawiałam się jednak dlaczego nie wysłał esemesa i po co w ogóle przyszedł w środku nocy? Pomyślałam, że może jest pijany. Uchyliłam drzwi i spojrzałam na jego bladą twarz. Wyglądał zupełnie normalnie, jak zwykle. Pojedyncze brązowe włosy wystawały spod kaptura, ręce tkwiły w kieszeniach. Niebieskie oczy... tak, to zauważyłam – brakowało w nich tego blasku, który zawsze dodawał mi otuchy. Brakowało chęci życia, radości, zapału... a usta? One też były smutne.
-Co ty tutaj robisz? - spytałam niepewnie. Podniósł głowę i zaczął przyglądać mi się dziwnym wzrokiem. Nie wypowiedział ani jednego słowa.
-Kamil, wszystko w porządku? - zadałam kolejne pytanie, także bez skutku. Tak staliśmy w ciszy, patrząc sobie w oczy. Chciałam złapać go za dłoń, ale cofnął się o krok. Poczułam niewyobrażalny strach, nie potrafiłam zrozumieć jego zachowania.
-O co chodzi? - mój drżący głos poszybował wprost do jego uszu.
-Kocham Cię. Bardzo. Zawsze kochałem. - zamurowało mnie. Tak skołowana nie byłam jeszcze nigdy. Wciąż narastał we mnie niepokój.
-Przecież wiem... - wyszeptałam. Łzy napłynęły mi do oczu, sama nie wiedziałam dlaczego. Miałam ochotę przytulić się do niego, dowiedzieć o co chodzi, ale on nie pozwalał mi się zbliżyć.
-Muszę odejść. - te słowa odbiły się w mojej głowie echem. Poczułam się, jakby ktoś wyrwał mi serce i zmiażdżył je w dłoni.
-Ale... pamiętaj, że cię kochałem. Byłaś dla mnie wszystkim. Chciałbym żebyś była szczęśliwa, ale nie zapomnij o mnie nigdy. Smutno mi, że to musiało skończyć się w ten sposób – to powiedziawszy odwrócił się, przeskoczył przez werandę i zniknął wśród drzew. Stałam tak jeszcze kilka minut, a każda część mojego ciała była sparaliżowana. Przed oczami przemykały wspomnienia, wszystkie przeżycia z nim związane. Czułam, jak pulsuje mi krew w żyłach. O czym on w ogóle mówił? Dlaczego tak nagle mnie zostawił? Nie mogłam ruszyć się z miejsca. Po policzku spłynęła tylko jedna, pełna bólu i rozpaczy łza. Szybko ją otarłam, ścisnęłam dłonie w pięści i wróciłam do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku wtulając się w ulubioną poduszkę. Zamknęłam oczy i starałam się zasnąć wmawiając sobie, że to jakieś wielkie nieporozumienie, że w szkole z nim porozmawiam i wszystko będzie dobrze. Wciąż nie mogłam uwierzyć w to co się stało. Znałam swojego chłopaka bardzo dobrze i wiedziałam, że coś jest z nim nie tak. Nigdy nie zachowywał się w ten sposób. To było zupełnie do niego niepodobne. Przez głowę przeleciała mi myśl, żeby zadzwonić do mojej przyjaciółki, a jego siostry i porozmawiać, ale nie chciałam budzić jej w środku nocy. Jeszcze kilka razy obróciłam się z boku na bok, aż wreszcie zmrużyłam senne powieki i zasnęłam z nadzieją, że jutro wszystko się wyjaśni.
Wesoły, delikatny świergot ptaków zbudził mnie następnego dnia. Przetarłam senne oczy i poczułam strach dostrzegając jasne wrześniowe promienie słońca wpadające przez okno.
-Świetnie! Zaspałam! - powiedziałam sama do siebie zrywając się z łózka. Zrobiłam łyk kawy i pośpiesznie się ubrałam, po czym założyłam plecak na jedno ramię i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Mimo niepokojącej sytuacji, która spotkała mnie dzień wcześniej, miałam dobry humor. Cieszył mnie delikatny wiatr, ładna pogoda. Stresował tylko fakt, że nie mogłam uniknąć rozmowy z Kamilem. W głowie dobierałam słowa i wciąż miałam nadzieję, że to jakiś głupi żart. Spóźniłam się osiem minut na drugą godzinę lekcyjną. Wchodząc do klasy szukałam wzrokiem Kariny – siostry Kamila z którą siedziałam na wszystkich lekcjach. Tym razem nasza ławka była pusta. Zaczynałam coś przeczuwać. To wszystko było bardzo dziwne. Zaczęły mnie napadać różne myśli „przeprowadzka? -nie, nie możliwe! Powiedzieliby mi wprost” - myślałam. Na przerwie wysłałam przyjaciółce esemesa z pytaniem, dlaczego nie ma jej w szkole. Dostrzegłszy dziewczynę z trzeciej „d” zaczepiłam ją na korytarzu.
-Widziałaś mojego chłopaka? - spytałam z nadzieją.
-Nie ma go dziś w szkole – odpowiedziała obojętnie i poszła dalej. Zaczęłam się naprawdę niepokoić. Karina nie odpisała na żadną wiadomość choć wysłałam ich chyba z pięćset i nie odbierała telefonu, a Kamil miał wyłączoną komórkę. Przez cały dzień czułam się źle. W domu nie wiedziałam co z sobą zrobić, wszędzie było mnie pełno. Martwiłam się. Wieczorem udało mi się dodzwonić do Kariny. Słysząc jej głos chociaż na chwilę poczułam wielką ulgę.
-Co się z wami dzieje? - spytałam zdenerwowana, lecz nie uzyskałam odpowiedzi.
-Halo? Jesteś tam?
-Tak.
-Czemu nie przyszłaś do szkoły?
-Nie mogłam.
-Z powodu...?
-Takiego że nie mogłam – jej głos zaczął się zmieniać, wiedziałam już, że coś jest nie tak.
-Karina, co się dzieje? Kamil też dziwnie się zachowuje, nie było go dziś w szkole.
-I nie będzie. Nigdy. - wypowiedziała to tak, jakby się z nim żegnała. Poczułam strach.
-Co ty mówisz? Przenieśli go? - spytałam niepewnie. Próbowała mi odpowiedzieć, ale usłyszałam tylko płacz. Moje serce biło coraz głośniej. Teraz byłam już pewna, że coś się stało.
-On... nigdy już nie przyjdzie, nigdy go nie zobaczysz. Ja też nie – płakała. -Tylko proszę cię, nie rób nic głupiego – wciąż robiła przerwy między wyrazami.
-Powiesz mi wreszcie co się stało? - uniosłam się, a moje oczy wilgły.
-Tata puścił go wczoraj na osiemnastkę Marcina. Dużo wypili. Po dwudziestej trzeciej jechali po coś do sklepu, Kamil prowadził... wszyscy są w ciężkim stanie.
-wszyscy? - spytałam z nadzieją.
-Wszyscy oprócz mojego brata – odparła i wybuchnęła płaczem.
-Chyba nie chcesz powiedzieć, że Kamil nie żyje? - spytałam jak gdyby nic się nie stało.
-Nie chcę, ale muszę. - płakała. Po tych słowach coś we mnie pękło. Pewnie zaczęłabym płakać, ale przypomniałam sobie coś co się wczoraj zdarzyło. Przecież Kamil był u mnie po północy, niemożliwe.
-Karina... jesteś pewna że to było po jedenastej?
-Tak, równo o dwunastej w nocy lekarz stwierdził zgon – poczułam strach. Zaczęło mi się mienić przed oczami, kolana ugięły się, komórka wypadła z ręki.
„Żegnałeś się ze mną” - wypowiedziałam przez łzy. Udałam się do łazienki, zamknęłam drzwi i osunęłam się po ścianie na podłogę. Ukryłam twarz w kolanach i płakałam, jak nigdy wcześniej. Płuca nie nadążały za oddechem, serce biło jak szalone na myśl, że nie zobaczę już człowieka, który był dla mnie wszystkim, za którego oddałabym życie. Musiałam wkładać sobie dłonie do ust, żeby nie płakać zbyt głośno. Nie chciałam, żeby rodzice mnie usłyszeli. Z rozpaczy i cierpienia pogryzłam sobie palce do krwi. Mój świat złożony wyłącznie z marzeń i miłości do niego legł w gruzach.
Na pogrzeb zjawiło się pół naszego liceum. Wszyscy udawali smutnych i chcieli, żeby inni widzieli ich wielkie, udawane cierpienie. Nie płakałam. Patrzyłam na kwiaty złożone do grobu, na zdjęcie położone przy krzyżu, na nim widniała twarz osoby z którą chciałam spędzić resztę swojego życia. Nie mogłam znieść widoku zapłakanych rodziców Kamila, cierpiącej Kariny. Nie skupiałam się na tym co mówił ksiądz. Wspominałam chwile spędzone ze swoim chłopakiem. Wszystkie ciepłe słowa, obietnice... wreszcie zostałam sama przy grobie. Wszyscy wypłakali się i odeszli, a ja dopiero teraz zaczęłam ronić łzy. Mówiłam w myślach, że nie mogę pojąć za co spotkała mnie taka kara. Dopiero gdy na krzyżu usiadł czarny kruk, zrozumiałam. Patrzył na mnie niewinnie, ale w jego oczach dostrzegłam barwy tamtego cmentarza. Poczułam na sobie oddech mężczyzny o długich ciemnych włosach. Wreszcie do moich uszu dobiegł szept „Śmierć ukochanej osoby boli bardziej niż własna”.
  • awatar Zdemotywowana: Sweet Jesus *.* To...to... Wow. Kocham
  • awatar Gość: Aż mnie ciarki przeszły . Wow !! Masz talent !! ;) Super opowiadanie , bardzo wciągające i wzruszające ^_^
  • awatar The end...: Przerażające :( Taka tematyka Halloween :( Brr.Ale mimo to dobrze napisane,to jest dobry pomysł na książkę,tylko trzeba by to rozbudowac :*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

my.sweet.world
 
writer997
 
Proszę Cię, tylko mi nie mów, że przestałaś pisać tamto opowiadanie ? : ( . Teraz to się po prostu załamałam ; c
Codziennie wchodzę na twój profil, żeby zobaczyć czy jest ciąg dalszy, aż tu pewnego dnia buum. Nie ma ani jednej części ... .
  • awatar Bitch, please ♥: @Mrs. writer: To się bardzo cieszę i czekam na pierwsze opowiadanie :)
  • awatar Mrs. writer: @Bitch, please ♥: będę, postaram się zamieszczać w miarę regularnie. Aktualnie jestem w trakcie pisania :)
  • awatar Bitch, please ♥: Ahh, załamałam się teraz bo to opowiadanie było naprawdę bardzo fajne ! Ale dobrze, że będziesz coś dodawać ; )
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Jestem typem samotnika i zarazem wielkim pechowcem. Zawsze zaszywałem się gdzieś w pustkowia by odpocząć od gwaru dzikich samochodów i przemyśleć kilka spraw. Jednak to, co spotkało mnie tamtej nocy nadało smak mojemu życiu, nauczyło co nieco o miłości.
Padał deszcz, korony drzew okryły się gęstą mgłą. Zaczynało się ściemniać, a niebo zasłoniły szare burzowe chmury. Szedłem na oślep co chwila się potykając, przeklinając pogodę i ślizgając w błocie, które bezlitośnie zniszczyło mi buty. Byłem zdenerwowany, brudny i przemoczony do suchej nitki, a wszystko to zawdzięczałem swojemu pechowi, który towarzyszył mi od urodzenia. Las zdawał się ciągnąć w nieskończoność, ale wreszcie udało mi się odsłonić ostatnie gałęzie, a to co tam zobaczyłem niemal zwaliło mnie z nóg. Był to olbrzymi dąb na środku niewielkiej polany, a nieopodal w strugach deszczu tańczyła ona. Każdy zgrabny, delikatny ruch zdawał się coś wyrażać, jakieś uczucie, które odeszło dawno temu, a nadal nie pozwala zapomnieć. Czerwona zwiewna sukienka przyklejała się jej do mokrego ciała, czarne ciężkie od deszczu włosy sięgające do pasa przypominały sznurki przyczepione do karuzeli. Jej niesamowicie żywo zielone oczy smutnie szukały czegoś lub kogoś w oddali i chociaż wiedziały, że się nie zjawi, nadal tęskniły. Tak stałem i patrzyłem zahipnotyzowany, sparaliżowany, a ona swym ciałem rzeźbiła dalszy ciąg smutnej historii. Nagle zagrzmiało. Burza przerwała widowisko. Dziewczyna wyraźnie się przestraszyła, spojrzała w niebo i pobiegła pod dąb, gdzie wisiała czarna ozdobiona perełkami torebka. Pospiesznie zdjęła ją z gałęzi i uciekła w las po drugiej stronie polany, a po drodze wypadł jej z owej torebki medalion. Puściłem się pędem, aby jej go oddać, ale szybko zniknęła wśród drzew. Podniosłem go i zacząłem obracać w dłoniach. Był złoty, otwierany, W środku było napisane na srebrnym serduszku "Dla Lukrecji, bo ją kocham". Zamknąłem go i ruszyłem w tę samą stronę co nieznajoma, ale bez śladu. W dodatku znowu zbłądziłem w ciemnym lesie. Do domu udało mi się dotrzeć dopiero o 5 nad ranem. Nie było to dla mnie nic dziwnego, często mi się to zdarzało. Później nie było już chwili, żebym o niej nie myślał. Tak oto zakochałem się w pięknej, tajemniczej, czarnowłosej Lukrecji, której oczy były smutne i samotne jak zachodzące słońce. Zakochałem się po raz pierwszy. Nieszczęśliwie i nieodwracalnie.
Tego dnia spałem tylko kilka godzin. O dziewiątej byłem już na nogach, tradycyjnie biała kawa z pianką i cynamonem. Zabrałem się za papierkową robotę - taka praca - ale nawet na chwilę nie mogłem się skupić. Miałem wrażenie, że zielona głębia oczu Lukrecji zahipnotyzowała mnie na zawsze. Słońce nie ubłagalnie wolno toczyło się po horyzoncie, a ja tęskniłem i obawiałem się, że już nigdy jej nie zobaczę. Na obiad udałem się do pobliskiego baru, gdzie spotkałem przyjaciela, więc czas szybko zleciał. Nie wytrzymałem, po prostu nie dałem rady. Cały czas dręczyły mnie myśli, że muszę ja ujrzeć raz jeszcze i przede wszystkim oddać zgubę. Nadchodził wieczór gdy wyjąłem rower z garażu i ruszyłem w drogę. Kierowałam się do lasu nieopodal wsi oddalonej od mojego miasta o 5 kilometrów. Było pochmurno, ale tym razem nie zanosiło się na burzę, przynajmniej moim zdaniem. Po wycieńczającej podróży usiadłem na pniaku opodal krzaków, zrobiłem kilka łyków wody i czekałem cierpliwie ze wzrokiem skierowanym na stary dąb. Czas leciał powoli, a dziewczyny nie było. Wybiła dwudziesta, kiedy dokończyłem kanapkę i zawiedziony ruszyłem w drogę powrotną. Drobne krople deszczu zaczęły siec z ukosa. Założyłem kaptur brązowej bluzy na głowę i słuchawki do uszu. Muzyka zawsze była dobrą przyjaciółką podczas długich samotnych wypadów. Położyłem się spać już po dwudziestej drugiej. Zasnąłem ze złotym medalionem w dłoni.
Następnego dnia miałem kiepski humor już od rana. Znajomi w pracy widocznie mnie unikali. Znowu nie mogłem się skupić, nie słuchałem, dwa razy wywaliłem filiżankę z kawą. Myślałem o smutnej historii zawartej w przecudnym tańcu. Te ruchy, to ciało, te oczy... nie mogłem dać za wygraną. Również i tego wieczora udałem się do lasu, który stał się pułapką, martwym punktem. Chociaż wiedziałem, że to nie ma sensu, ciągle chciałem tam wracać i nie mogłem z tym walczyć. Znowu jej nie ujrzałem i po raz drugi w objęciach smutku powróciłem do domu.
Słońce wisiało wysoko na niebie, kiedy otworzyłem oczy tego pamiętnego sobotniego poranku. Sama myśl, że nie muszę iść do pracy dodała mi sił i chęci. Pół dnia spędziłem z przyjacielem na pogawędkach i spacerach. "Do trzech razy sztuka" - pomyślałem i postanowiłem znowu pojechać w to magiczne, wabiące miejsce. Przyszło mi na myśl, żeby rozejrzeć się po wsi, ale nie przyniosło to żadnego rezultatu. Wstyd mi było pytać miejscowych, więc zmęczony krążeniem po wiosce udałem się na polanę. Wydawało mi się, że jest ona bliżej, jednak od wioski był to co najmniej kilometr. Byłem już prawie na miejscu, kiedy rozwiązało mi się sznurowadło, więc schyliłem się, aby je zawiązać. Kto wie, co może zrobić pech ze sznurówkami? Życie nauczyło mnie już dawno ostrożności.
-Zgubiłeś się? - zabrzmiał przede mną słodki dziewczęcy głos. Nie słyszałem, żeby ktoś nadchodził, więc aż podskoczyłem ze strachu. Dziewczyna się zaśmiała. Spodziewałem się zwykłej obojętnej mi dziewczyny, ale na pewno nie.... Lukrecji! Gdy ją ujrzałem w zdartych dżinsach, obcisłej białej bluzce, z włosami splecionymi w długi warkocz , zaniemówiłem. Ogarnęła mnie fala strachu.
-Wybacz, nie chciałam cię przestraszyć - uśmiechnęła się. - Co tu robisz sam?
-Wybrałem się na wycieczkę - odpowiedziałem po namyśle. Tak staliśmy przez chwilę w milczeniu, oboje trochę zmieszani.
-Jestem Dawid - odchrząknąłem i przedstawiłem się. - A taka piękna dziewczyna jak ty musi mieć wyjątkowe imię - uśmiechnąłem się. Poruszyła ustami, żeby coś powiedzieć, ale nie pozwoliłem jej dojść do słowa -Niech pomyślę... Lukrecja? - spytałem ze śmiechem.
-Skąd wiesz? - wytrzeszczyła na mnie swoje piękne zielone oczy.
-Zgadywałem - rzuciła na mnie podejrzliwe spojrzenie i ruszyła w stronę wioski. -To cześć - zawołałem. Odwróciła się i odpowiedziała mi uśmiechem po czym przyspieszyła kroku. Udałem się pod stare drzewo na środku polany i położyłem się na trawie. Uśmiech długo nie schodził z ust, w głowie szalało tysiąc myśli i marzeń. Byłem jeszcze trochę oszołomiony tym spotkaniem, ale nigdy w życiu nie czułem większej radości. Dni pędziły tak szybko, że ani się obejrzałem, a już minęło kilka tygodni. Szybko się domyśliłem, że Lukrecja bywa na polanie w środy późnym wieczorem i w soboty około godziny szesnastej. Zanim się zorientowałem, chęć zobaczenia jej przerodziła się w obsesję. Rysowałem jej portrety, pisałem wiersze. W każdą noc czaiłem się za drzewami i patrzyłem jak tańczy, lub pod dębem czyta książkę, jak jej zielone kocie oczy śledzą każde zdanie. Nigdy jednak nie miałem na tyle odwagi by oddać jej medalion. Czasami przynosiła na polanę notatnik i coś w nim pisała. Pewnego dnia jakaś kartka wymknęła się jej z pamiętnika. Gdy odeszła zeżarała mnie ciekawość, więc zacząłem czytać:
"Każdy dzień stawał się utrapieniem. Myślałam, że na zawsze już o nim zapomniałam, ale to uczucie zawsze wracało. Teraz, kiedy go nie widuję wiem na pewno, że już go nie kocham. Smutek jednak nie minął. Chciałabym znaleźć osobę, która pokochałaby mnie na prawdę, dla której byłabym najważniejsza. Wierzę, że gdzieś na świecie jest taka osoba, nie wiem tylko kiedy ją spotkam. Czekam cierpliwie, ale on nie nadchodzi."
Poczułem chęć przytulenia jej i wyznania, że już spotkała taką osobę, że jest dla mnie najważniejsza i że moje serce przestałoby bić, gdybym nie mógł jej już zobaczyć. Jednak strach przed odrzuceniem nie pozwalał mi tego zrobić. Tydzień później jak zwykle czekałem na nią przed czasem, ukryty za drzewami i leśnymi zaroślami.. Zjawiła się w czarnej sukience, z czerwoną różą we włosach. Wiedziałem, że będzie tańczyć. Po raz kolejny zwinnymi ruchami opowiedziała swoją smutną historię, potem siedziała przez chwilę w cieniu wielkiego drzewa. Gdy zniknęła w lesie, udałem się za nią. Pędem przemierzyłem polanę i tradycyjnie ukryłem za drzewem. Szła szybkim krokiem polną dróżką w stronę wioski, lecz na skrzyżowaniu skręciła w prawo. Bezszelestnie poszedłem za nią. Po kilku minutach drogi dotarliśmy do drewnianego domku na polance. Gałęzie wysokich drzew opadały na jego dach. Wbiegła po schodkach i zamknęła za sobą drzwi. Było już późno, w jednym z okien zapaliło się światło. Przyczaiłem się za piwniczką i obserwowałem przez chwilę jak krząta się w kuchni. Zrobiło mi się zimno, więc postanowiłem wrócić. Tak oto dowiedziałem się, gdzie mieszka miłość mojego życia.
Długi czas nie było mnie na polance. Najpierw dostałem awans i pochłonęła mnie praca, później ciężko zachorowałem i przez kilka tygodni nie mogłem podnieść się z łóżka. Tak minął miesiąc. Pewnego wieczoru poczułem się lepiej i umierając z tęsknoty wyszedłem do baru, gdzie nachlałem się do granic możliwości i zacząłem się zwierzać kumplowi. W ten sposób opowiedziałem mu całą historię związaną z Lukrecją, a on na drugi dzień poradził mi, żebym udał się do niej, oddał zgubę i spróbował zacząć znajomość. Posłuchałem jego rady, jednak przygotowanie się na to spotkanie zajęło mi kolejne dwa tygodnie. Wreszcie nadeszła ta pamiętna sobota. Pół godziny spędziłem przed lustrem i przy wyborze odpowiedniego ubrania. O szesnastej byłem już na miejscu. Jak zwykle czekałem w ukryciu. Minuty mijały, a ja zbierałem w sobie odwagę na rozmowę i czułem niewyobrażalną radość, że po tak długim czasie znów ją ujrzę. Wreszcie się zjawiła, ale... nie była sama. Trzymał ją za rękę. Zabójczo przystojny szatyn o czekoladowych oczach. Zatrzymali się po dębem. Szeptał jej coś do ucha, ona się śmiała,. potem ją pocałował. Miała na sobie tę zwiewną czerwoną sukienkę, jak wtedy, kiedy pierwszy raz ją ujrzałem. Nogi ugięły mi się w kolanach, nie wiedziałem co zrobić. Miałem ochotę rzucić się na niego, a nawet zabić jeśli zajdzie taka potrzeba. Wiedziałem jednak, że Lukrecja go kocha. Wtedy po raz pierwszy ujrzałem blask w jej oczach. One nie były już smutne, tętniły radością. To ja pierwszy ją pokochałem! Dla mnie była najważniejsza! Ja czuwałem nad nią nocami, żeby nic jej się nie stało! Tamtego wieczoru zrozumiałem, że nie wolno zwlekać z miłością. Nie można czekać w nieskończoność. Teraz to ja będę tańczył i opowiadał swoją historię w strugach deszczu...
Mijały dni, miesiące i przepełniały się szarością. Udawałem szczęśliwego, ale każdy widział mój smutek. Każdej nocy czytałem fragment z jej pamiętnika i zasypiałem z medalionem jak dziecko u boku maskotki. Chciałem zapomnieć, ale wszystko przypominało mi czarnowłosą smutną dziewczynę, która utkwiła w moim sercu na zawsze.

W dniu ślubu dostała złoty zaginiony medalion i list z moją historią, bo ja nie umiem tańczyć.
  • awatar The end...: @Mrs. writer: @Dziarka:Jak to nie smutne? Bardzo smutne,ale dlaczego nie piszesz?! Tęsknię :*
  • awatar Mrs. writer: @walka o wagę ♥.♥: nie zamierzam przestawać ;) dziękuję za opinię ;)
  • awatar walka o wagę ♥.♥: ja też myślałam że będą razem . dobra jesteś w pisaniu .nie przestawaj jeżeli to lubisz kiedyś to przyniesie efekty . trzymam kciuki ♥.♥
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›
 

 
Wszystkim zawładnął półmrok, szare chmury pokryły niebo. Panowała cisza, jakiej żaden śmiertelnik na świecie nie umiałby dostrzec. Na zeschłej glebie leżały martwe ciała aniołów. Część z nich wyróżniała się bielą, reszta czarnymi niczym heban szatami ozdobionymi kolcami, pentagramami i innymi symbolami. Wszystko pokryte było krwią i z lotu ptaka wyglądało jak królewski stół po uczcie, na który ktoś niechcący wylał wino. Na środku pobojowiska stał pomnik ozdobiony milionem czaszek, a na nim klęczała dziewczyna. Dłonie jej wsparte były na ogromnym rubinowym mieczu. Oczy miała w kolorze purpury, jej krwisto czerwone włosy powiewały na wietrze. Wpatrywała się w dal, jakby kogoś wyczekiwała. Nie można by rzec, że mijały godziny, ponieważ światem zawładnęła już na zawsze bezgraniczna wieczność.
Nagle znikąd pojawiło się czarne tornado, zerwały się potężne wiatry i zmierzały w stronę szarego pomnika. Zjawisko to rozpłynęło się równie szybko i przeistoczyło w budzącego krew w żyłach mężczyznę, ubranego na czarno. Dziewczyna natychmiast uchyliła przed nim głowę. Jego oczy były tak czerwone, jak najpiękniejsza róża na świecie, a zarazem przerażały bardziej niż sama śmierć. Na ramionach spoczywała peleryna z kapturem, spodnie były postrzępione, a buty ozdobione tysiącem kolców, sięgały powyżej kolan.
-Dobra robota - rozległ się gruby ochrypły głos, a echo powtórzyło go posłusznie. -Spisałaś się bezimienna niewiasto. Zasłużyłaś na sowitą nagrodę. Jestem dumny z decyzji jaką podjąłem powierzając ci armię upadłych. Zawdzięczam ci zgładzenie Królestwa Niebieskiego i zjednoczenie świata śmiertelników ze światem ognistego królestwa. Teraz, kiedy jestem panem wszechświata, a moja potężna władza nie zna umiaru, uczynię cię swoją królową. Będziesz miała wszystko czego zapragniesz. -Dziękuję ci mój panie - odparła i podniósłszy oczy uśmiechnęła się promieniejąc radością. Czarny pan zniknął, ona powstała. Z nieba zaczęły sypać się na nią czerwone płatki róż. Uniosła ręce w górę, szeptała przez chwilę modlitwy w innym języku i zeskoczyła z pomnika. Jej twarz nabrała rumieńców, uśmiech zdawał się być szyderczy. Nagie drzewa ubolewały nad swym losem, żegnały się ze słońcem. Wiedziały bowiem, że nadszedł koniec.
W oddali rozległ się jęk, który szybko dotarł do uszy bezimiennej. Udała się więc w jego kierunku mając nadzieję, że któryś z jej braci potrzebuje pomocy. Grube, skórzane buty na obcasie zręcznie omijały martwe ciała skrzydlatych mężczyzn. Jęki stawały się coraz głośniejsze, co oznaczało, że jest już blisko. Wreszcie dotarła, a jej oczom ukazał się śnieżnobiały anioł, który jeszcze nie zakończył swego żywotu. Głowę miał wspartą o głaz, ciało muskularne. Oczy zabłysły mu z wściekłości, gdy ujrzał czerwonowłosą postać. Nie odczuwał strachu, lecz chęć pomszczenia swego ukochanego Pana, oraz braci. Był jednak bezsilny, zbyt słaby by się podnieść i stanąć do walki. Na jego widok dziewczyna uśmiechnęła się z widoczną pogardą i ruszyła w jego stronę. Podniosła swój ciężki żelazny miecz ozdobiony klejnotami, cały czas patrząc aniołowi w oczy. Ten nie odwrócił wzroku. Ostatni raz się uśmiechnęła i szybkim ruchem wbiła mu ostrze w pierś. Nie wydobył z siebie żadnego dźwięku. Krew zaczęła się lać strużkami, powieki zatrzasnęły na zawsze. Dziewczyna stała przez chwilę nad martwym ciałem jak zahipnotyzowana, po czym zaczęła się głośno śmiać jak szalona. Gdy skończyła, z jej pleców wyrosły czarne skrzydła. Oderwała się z podłoża, wzbiła wysoko w powietrze i odleciała. Jej śmiech odbijał się jeszcze przez chwilę echem wśród nagich drzew i smutnych szczytów górskich.

brat pozdrawia
  • awatar Gość: "Panowała CISZA, jakiej żaden śmiertelnik na świecie nie umiałby DOSTRZEC" - mówi samo za siebie xD "Na środku pobojowiska stał pomnik ozdobiony milionem czaszek, a na nim klęczała dziewczyna" - klęczała na pomniku? "Nagle znikąd pojawiło się czarne tornado, zerwały się potężne wiatry i zmierzały w stronę szarego pomnika. Zjawisko to rozpłynęło się równie szybko i przeistoczyło w budzącego krew w żyłach mężczyznę, ubranego na czarno." - BUDZĄCEGO krew w żyłach? xD
  • awatar Mrs. writer: @Żyć własnym życiem we własnym świecie: będzie więcej ;)
  • awatar Żyć własnym życiem we własnym świecie: Nie wiem skąd bierzesz pomysły na opowiadania ale to twoje natchnienie jest boskie! oby więcej opowiadań w tym stylu ;**
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (7) ›
 

 
Wydaje się prawdopodobne, że czytanie wpływa na ośrodki w mózgu, które wcześniej odpowiadały za widzenie i język mówiony. To jednak może mieć dalsze konsekwencje. Naukowcy odkryli bowiem, że u ludzi, którzy nauczyli się czytać we wczesnym dzieciństwie, obszar odpowiedzialny za zapamiętywanie twarzy jest mniejszy niż w przypadku analfabetów. Przypuszcza się, że istnieje swego rodzaju "konkurencja o miejsce w mózgu" między umiejętnościami czytania i rozpoznawania twarzy. Nasuwa się jednak pytanie, czy umiejętność czytania ogranicza nasze zdolności rozpoznawania twarzy? Obecnie prowadzone są testy, mające na celu sprawdzenie tej hipotezy, ale wydaje się ona mało prawdopodobna.
 

 
Wiatr muskał jej policzki, targał włosy niewidzialną dłonią. Szła ostatkiem sił, ściskając w pięści wszystkie wspomnienia. Z nosa stróżkami lała się krew. Słodka, lepka o purpurowym kolorze. W głowie galopem przebiegało tysiąc myśli wciągu sekundy. W oddali echem odbijały się szepty, których nie mogła zrozumieć. Może był to inny język, może wytwór wyobraźni? Szlajając się po peronie czwartym, ubrana w białą poplamioną od krwi koszulę nocną roniła łzy, które tworzyły doskonały duet z czerwoną wciąż wypływającą z nosa cieczą. Nagle zatrzymała się, spojrzała w górę. Ze wszystkich stron otulał ją mrok, nad głową dostrzegła księżyc. Niczym złocisty rogalik uśmiechał się do niej ponuro. Nie wiedziała kim jest, ani jak się tu znalazła. Nie pamiętała niczego, oprócz jednego postanowienia - "muszę umrzeć".
Znowu ruszyła przed siebie, po torach, w głębszą otchłań czerni. Była tak słaba, że nie mogła zacisnąć pięści. Potykała się co chwilę, ale dzielnie poruszała się naprzód, aby wykonać postawione sobie zadanie. Drzewa płakały, pochylały się i wskazywały jej drogę. W końcu słysząc z oddali gruchot nadjeżdżającego pociągu upadła na tory, głowę przechyliła w stronę dobiegających łomotów. Z mroku wyłoniły się trzy światełka, które w szybkim tempie stawały się coraz większe. Nie czuła strachu. Zamknęła oczy i uroniła ostatnią łzę.

Niebo było puste tamtej nocy.





natchnęło mnie tło bloga
  • awatar тα ¢σ zgυвιłα ѕєя¢єღ: Cudowne opowiadanie... Strasznie mi się podoba .Oby było takich więcej :)
  • awatar Gość: Jak zawsze cudne lecz tym razem przeszłaś samą siebie. Kocham opowiadanka w tym stylu.. gdzie wszystko pobudza moją wyobraźnię do działania, a po ciele przechodzi dreszczyk emocji. Liczę, iż tego typu wpisów będzie więcej. Pozdrawiam ;**
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Na niebie wisiały już gwiazdy, ledwo widoczne między chmurami świeciły się niczym lampki na czarnym suficie. Zwykle raczej idąc ulicą nie zwracałam uwagi na to co mam nad głową, ale tym razem moją uwagę przyciągnęła pełnia księżyca. Wyglądał niesamowicie przerażająco, szczególnie dla mnie – nastolatki cierpiącej na fobię ciemności.
Nie da się określić jak uciążliwa jest ta przypadłość. Myślałam tylko o tym, żeby wreszcie znaleźć się w domu. Drzewa uśmiechały się do mnie złowrogo, a u niektórych dostrzegałam nawet oczy - śledziły każdy mój krok. Latarnie oświetlały chodniki na których kładły się cienie budynków. Ulica wystrojona pustką, ani jednej żywej duszy, do domu daleko. Przyspieszyłam kroku co chwila się odwracając z towarzyszącym mi dreszczem strachu, bo wydawało mi się, że ktoś za mną idzie. Nikogo jednak nie ujrzałam, ale wygórowana wyobraźnia nie dawała spokoju. W mrocznych uliczkach dostrzegałam postacie, których nie było. Duchy, demony... - one nie istnieją! Dokładnie to sobie wmawiałam, ale czy to coś dawało? Nie, natomiast wprawiało w jeszcze gorszy obłęd. Ta dzielnica była szczególnie ciemna, dobrze o tym wiedziałam i byłam na siebie wściekła. Mogłam wybrać dłuższą, ale bezpieczniejszą drogę, którą częściej chodzą inni, ale oczywiście akurat tego dnia zachciało mi się zaoszczędzić na czasie. Zawył wiatr, roztrzepał mi włosy, tętno podskoczyło. Uspokoiłam się powtarzając sobie, że to tylko lekki podmuch wietrzyku. Lato dobiegało końca, było już po dwudziestej drugiej więc zrobiło się nieco zimniej. Założyłam kaptur czarnej bluzy na głowę i włożyłam ręce do kieszeni. Drzewa znów zaszumiały, a uporczywy strach nie dawał za wygraną, więc wpatrzyłam się w swoje postrzępione ciemnoniebieskie dżinsy. Idąc obserwowałam tylko swoje własne nogi i coraz to nowy kawałek chodnika. Wietrzysko ucichło, kilka metrów przede mną szła para zakochanych, więc zdołałam odpędzić się od strachu. Nawet nie zauważyłam, kiedy zniknęli w bocznej uliczce. Szłam przed siebie w zamyśleniu, snując w głowie plany jak rozwikłać masę otaczających mnie problemów. W moim życiu ostatnio pojawiły się przeszkody, których nie mogłam pokonać, nie mogłam osiągnąć celu. Ach! Gdyby tak spotkać kogoś, kto sprawiłby, że problemy przestałyby mieć tak wielkie znaczenie, a każdy dzień stał się cenny? Kogoś, kto zawsze przynosiłby uśmiech nie pytając o powód płaczu? Przy kim śmierć nie miałaby najmniejszego sensu, a każdy poranek zachęcałby do życia... Odpłynęłam myślami tak daleko, że całkiem zapomniałam o fobii. Wtem w ciemnej uliczce, którą właśnie mijałam coś poruszyło się obok śmietnika. Serce zabiło szybciej, lecz nie dawałam za wygraną wyobraźni. „Zdaje Ci się, tylko Ci się zdaje!” - powtarzałam sobie w myślach. Zrobiłam kilka kroków i znowu się ruszyło, moich uszu doszedł brzęk jakiegoś metalu. Teraz byłam już pewna, że to działo się naprawdę. W planach miałam czym prędzej stamtąd uciekać, ale że jestem wrażliwa na ludzką krzywdę, pomyślałam, że podejdę bliżej, najwyżej ucieknę. Dwa kroki nie zrobią przecież różnicy, a może ktoś potrzebuje pomocy? A może jakiś zwierzak? Zatrzymałam się i przez kilka sekund stałam w bezruchu, nasłuchując. Znowu rozległ się dziwny dźwięk. Coś mi przypominał, ale chyba ze strachu nie mogłam sobie przypomnieć czym był tajemniczy przedmiot. Serce tak szalało, że zdawało się iż rozerwie mi klatkę piersią i ucieknie w popłochu. Zebrałam się jednak w garść i zrobiłam trzy kroki do przodu. Moim oczom ukazała się sylwetka mężczyzny siedzącego obok śmietnika, był oparty o ceglaną ścianę. Gdy tylko ruszył dłonią szybko się zorientowałam, że tajemnicze brzęczenie wydobywało się z łańcuchów, którymi miał związane obie ręce. Poczułam się więc bezpiecznie i podeszłam kilka kroków bliżej. Dopiero teraz udało mi się określić, że był to dość przystojny młody mężczyzna w wieku około dziewiętnastu lat, czyli niewiele więcej ode mnie. Jego włosy były czarne, ubrany był w całe postrzępione spodnie, bluzki nie miał żadnej, za to rozpiętą kamizelkę ozdobioną kolcami. Buty wysokie, do kolan – robiły wrażenie. Przez kilka sekund patrzyliśmy na siebie bez słowa. Stałam jak sparaliżowana, nie wiedziałam co robić. Nagle usłyszałam „Pomóż mi” - głos był męski, przyjemny, ale on przecież nie poruszył nawet ustami, a informacja pochodziła jakby znikąd. Rozejrzałam się zdezorientowana i znowu usłyszałam to samo. Napadł mnie atak strachu, cofnęłam się o kilka kroków. „Nie bój się, nie zrobię ci krzywdy. Jeśli mnie nie uwolnisz, zginę tu. Pomóż mi, a się odwdzięczę.” - rozległo się w mojej głowie.
-Ha ha, niby w jaki sposób? - zadrwiłam. „Spełnię twoje największe marzenie”
-Tego marzenia nie da się spełnić – odpowiedziałam, a ponieważ nadal panicznie się bałam, odwróciłam się i zrobiłam pierwszy krok w stronę chodnika, którym szłam jeszcze kilka minut wcześniej. Miałam zamiar uciekać gdzie pieprz rośnie i zadzwonić na policję. Niby czemu miałabym pomagać obcemu człowiekowi? W dodatku jakiemuś dziwnemu, telepatycznemu świrowi? Poza tym jak niby miałabym go uwolnić z tych łańcuchów?
„Wiem jak bardzo tęsknisz za Kropkiem. Będziesz go miała z powrotem” - po tych słowach stanęłam jak słup soli. Kropek był pieskiem, którego dostałam na piąte urodziny. Był najwspanialszym prezentem od życia, najlepszym przyjacielem. Straciłam go po dziesięciu latach i nie mogłam się z tym pogodzić. Tak bardzo chciałam go odzyskać...
- Skąd wiesz o Kropku? Skąd mnie znasz? - spytałam zdenerwowana. „Nie muszę cię znać, twój ból i tęsknotę wyczuwam na kilometr.
- Jak niby miałabym ci pomóc? Nie mam klucza do tych kajdanów.
„Klucz jest w twojej krwi, wystarczy, że przetniesz skórę i użyczysz mi kilku kropel”
-Skąd mam wiedzieć, że dotrzymasz obietnicy?
„Musisz mi zaufać”. - po tych słowach długo zastanawiałam się co ja tu robię i co się w ogóle dzieje. Może mam halucynacje? Może od tej fobii całkiem już zwariowałam? Wtedy pomyślałam, że chociaż raz w życiu muszę wygrać ze strachem i zaryzykować. Jeśli ceną za odzyskanie Kropka miało być tylko kilka kropel krwi, to byłam gotowa zgodzić się natychmiast, ale czy warto zaufać dziwnej osobie, która porozumiewa się telepatycznie?Skoro potrafi wskrzesić stworzenie, to dlaczego nie może się uwolnić z kajdanów? Jednak chęć przytulenia Kropka była silniejsza niż rozsądek.
-Dobrze, więc co mam zrobić? - Mężczyzna się uśmiechnął. Oczy miał zamknięte.
„Wyjmij nóż z mojej kieszeni i przetnij skórę. Musisz sama się zranić, inaczej nie zadziała.”
Podeszłam bliżej bardzo ostrożnie. Schyliłam się nad nim i sięgnęłam do kieszeni jego czarnej, poszarpanej kamizelki. Nawet nie drgnął. Sama nie wiem jak zdobyłam się na taką odwagę. Wskazana przez niego kieszeń okazała się jednak pusta, ogarnął mnie paniczny strach. Modliłam się, żeby tajemniczy chłopak nie zrobił mi krzywdy.
-Pusto... - powiedziałam po chwili drżącym głosem.
„Pomyśl sobie, że bardzo chcesz, aby w kieszeni pojawił się nóż. Musisz się skupić”
Zrobiłam jak powiedział, ale nie zadziałało. Pomyślałam, że robi sobie żarty, ale szybko odsunęłam tę myśl. „Spróbuj jeszcze raz, postaraj się! Pomyśl o Kropku.” - podpowiedział po chwili. Wyobraziłam sobie czarnego niedużego kundla z białą kropką na uchu. Bardzo chciałam go przytulić, chociaż dotknąć, ale musiałam zdobyć nóż. Wspomniałam wspólne zabawy i gonitwę za patykiem, wtedy niespodziewanie zorientowałam się, że w dłoni ściskam ostrze. Zdumiona wyjęłam nóż, podniosłam lewą rękę i podciągnęłam rękaw. Prawa dłoń drżała, przysuwałam ostre narzędzie coraz bliżej skóry. Zatrzymałam się tuż nad nią i usłyszałam. „No zrób to, przecież to nic wielkiego, a możesz odzyskać psa” - Dotknęłam nożem skóry i przecięłam ją delikatnie niczym pergamin. Z rany zaczęła wypływać krew. „Szybko, teraz niech nakapie na kajdany w miejscu gdzie jest dziurka na klucz” - natychmiast skierowałam rękę we wskazane miejsce. Spadły trzy krople, a kajdany zniknęły po kilku sekundach, jakby pstryknąć palcem. Podniósł się, zrobiłam krok do tyłu. Oczy nadal miał zamknięte, ale sprawiały wrażenia, że są skierowane prosto na mnie. Serce znów przyspieszyło. Tak staliśmy kilka sekund w ciszy i bezruchu. Nagle rzucił się na mnie, wyrwał nóż i przycisnął do ściany. Zdążyłam tylko wrzasnąć. Szybko kierował ostrze pod moje gardło, byłam pewna, że już po mnie.
-Nieee! Błagam! Przecież ci pomogłam! Nie musisz wskrzeszać psa, tylko nie rób mi krzywdy! Nikomu nie powiem, że cie widziałam, proszę puść mnie! - trzymał mnie tak mocno, że nie mogłam wytrzymać z bólu. Moje dłonie znajdowały się nad głowią, ściskane jego nieziemską siłą jednej ręki. Po słowach, które wypowiedziałam otworzył oczy. Przez moje ciało przebiegła fala adrenaliny, gdy zobaczyłam iż są koloru jaskrawo czerwonego i wpatrują się głęboko w moje. Z policzków spłynęły łzy, mimo woli.
-Wy, śmiertelnicy jesteście śmieszni. Cieszycie się u nas sławą właśnie poprzez swój strach, tchórzostwo, a przede wszystkim naiwność. - powiedział już nie poprzez myśli, ale w ludzki sposób. Drżałam ze strachu, nie mogłam się uspokoić. Jego nóż nadal pilnował mojego gardła.
-Proszę, przecież Ci pomogłam – wyjąkałam w szlochu.
-Powiedz mi, dlaczego uważasz, że powinnaś żyć? – spytał wciąż patrząc mi w oczy.
-Ponieważ każdy ma prawo żyć i każdy dobry człowiek na to zasługuje
-Jesteś dobrym człowiekiem?
-Tak...
-Sprawdzę to, jeśli mnie okłamałaś, zabiję cię. - przełknęłam ślinę, prawie mdlałam ze strachu. Nagle poczułam dziwne uczucie, którego nie potrafię opisać. Pewnie grzebał mi we wspomnieniach, albo skanował duszę. Po kilku sekundach poczułam ulgę. Najpierw zmniejszył ucisk na dłonie, potem mnie puścił. Minę miał dziwną, jakby był pod wrażeniem, albo się zawstydził.
-Nie mógłbym nic ci zrobić Kornelio. Twoja dusza jako jedna z niewielu na tym świecie jest czysta. - poczułam ulgę, ogromną ulgę! Zrobiło mi się słabo, sama już nie wiedziałam co się dzieje. Staliśmy tak naprzeciwko siebie: ja przerażona do granic możliwości, wycierająca łzy i on – z przepraszającym wyrazem twarzy. Nawet nie miałam czasu zadać sobie pytanie kim on właściwie jest? Nagle jakaś czarna skrzydlata postać rzuciła się na niego. Była to młoda kobieta o długich siwych włosach, w czarnym ubraniu. Pojawiła się dosłownie znikąd. Zaczęli turlać się po ziemi, w międzyczasie jej skrzydła zniknęły, po prostu wrosły w plecy. Zamurowało mnie nie wiedziałam co robić. Już szykowałam się do ucieczki, kiedy owa kobieta przycisnęła czerwonokiego do ściany, a jemu wypadł nóż, odbił się od cegły i wpadł mi prosto w ręce. Obie postacie przestały się szarpać i skierowały wzrok na mnie
-Oddaj mi nóż śmiertelniczko – poprosiła ze sztucznym uśmiechem.
-Nie słuchaj, nie możesz jej tego dać! – ostrzegał chłopak.
-Oddaj, albo zginiesz! - groziła
-Nie daj się zastraszyć!
-Oj Nevan, Nevan. Po tym co zrobiłeś tej biednej duszyczce naprawdę myślisz, że cię posłucha? - zaśmiała się białowłosa. W jego oczach pojawił się strach i błagalne spojrzenie.
Dziewczyna sprawiała ważnie bezlitosnej morderczyni, jej żółte oczy odbijały blask księżyca, na policzku widniała ogromna szrama. W porównaniu do niej Nevan wydawał się nieszkodliwy. Patrzyłam raz na nią, raz na niego ściskając w dłoniach ostrze.
-Zobacz, pewnie robi wyliczankę. Śmiertelnicy często zdają się na los – drwiła. Zapadła cisza. Nie wiedziałam co robić, dosłownie trzęsłam się ze strachu. Zrobiła krok do przodu.
-Oddaj grzecznie, to ujdziesz z życiem – namawiała. Ja jednak cofnęłam się o dwa kroki.
-Oddawaj to żałosna ludzka istoto! - wrzasnęła i zrobiła kilka kroków. Zwinnie podskoczyłam najwyżej jak umiałam i przerzuciłam jej nóż obok głowy, prostą w ręce Nevana, a ten rzucił się na nią i wbij jej go w plecy. Rozległ się przerażający wrzask, po czym dosłownie spłonęła i zmieniła się w kupkę popiołu. Stałam w miejscu, przerażona, ledwo żywa i blada. Schował ostrze do kamizelki i zerknął na mnie.
-Dziękuję – wymamrotał po chwili. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Chwiałam się, nie mogłam ustać na nogach, głowa mnie bolała. Podszedł bliżej. Znowu się wystraszyłam, zrobiłam krok do tyłu i prawie upadłam, bo zakręciło mi się w głowie.
-Nie bój się. Złap mnie za szyję – powiedział łagodnie.
-Co? - wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia
-Odstawię cię do domu – zaśmiał się – tylko musisz złapać mnie za szyję.
-Za szyję? Po co? - po tych słowach z jego pleców wyrosła para czarnych skrzydeł. Nie, tej nocy już nic nie mogło mnie zaskoczyć. Myślałam jednak, że jest demonem lub coś w tym stylu, ale upadłym aniołem? Czy to znaczy, że jest złą istotą? Czym to się w ogóle różni? Jednak nie miałam już siły o tym myśleć.
-No łap – zbliżył się jeszcze bardziej, nalegając.
-Ale... ja się boję – wyjąkałam.
-Nie bój się, będę Cię mocno trzymał – zapewnił i położył moje dłonie na swojej szyi. Mi chodziło raczej o to, że się boję iż zrobi mi krzywdę, ale ostatecznie uległam jego propozycji. Miałam już wszystkiego dosyć, chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu.
Objęłam go więc i przygotowałam się do lotu wmawiając sobie, że jestem bezpieczna.
-A jeśli ktoś nas zobaczy? - spytałam w ostatniej chwili.
-Nas nie widzą wszyscy, tylko Ci, którym na to pozwalamy.
-Mnie też nie zobaczą?
-Potrafię sprawić, że nie. - spojrzeliśmy sobie prosto w oczy. Był naprawdę niesamowity. Chociaż bałam się go niewyobrażalnie, nie mogłam odwrócić wzroku. Czułam się dziwnie. Wszystko w nim było idealne.
-Gotowa? - nie miałam już siły odpowiedzieć. Kiwnęłam głową i przytuliłam się do niego chcąc uniknąć lęku wysokości. Zamknęłam oczy.
Księżyc – tak, oddalaliśmy się od niego. Wpatrywałam się w gwiazdy, potem w ogromne skrzydła, które co chwila przysłaniały mi widok. Drżałam z zimna, ze strachu, nie byłam w stanie uporządkować myśli. Ciągle jeszcze nie zdawałam sobie do końca sprawy z tego co się stało. Miałam nadzieję, że to tylko koszmar z którego nie mogę się wybudzić. Wylądowaliśmy tuż obok mojej bramki. Skąd wiedział gdzie mieszkam? - nie mam pojęcia. Pewnie znał już całą historię mojego życia i potrafił przewidzieć każdy mój krok. Miałam zamiar zabrać ręce i udać się do domu, ale coś je trzymało. Jakaś niewidzialna siła. Znów patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Ta głębia czerwieni była naprawdę fascynująca. On jednak patrzył jakoś inaczej. Wystraszyłam się po raz kolejny, ale szybko stłumiłam w sobie to nieprzyjemne uczucie. Powoli zbliżał twarz, nie wiedziałam jak mam się zachować. Bicie mojego serca zagłuszało nawet przejeżdżający samochód. Poczułam się dziwnie bezpiecznie w jego objęciach. Nasze usta zetknęły się jak magnes. To było wspaniałe uczucie. Miałam wrażenie, że ta chwila trwała wiekami, a przecież tak naprawdę tylko kilka sekund. Na policzkach rozlały się rumieńce, nie mogłam nic powiedzieć. Zapadło cisza trwająca przez krótką chwilę
-Dobranoc – powiedział wreszcie czułym głosem
-Dobranoc – odpowiedziałam i ruszyłam w stronę domu. Odwróciłam się w drzwiach, nie było go. Po cichu udałam się do pokoju i runęłam na łóżko. „Świetnie. Przed chwilą całowałam się ze skrzydlatym świrem, który jeszcze kilkanaście minut temu chciał mnie zabić!”
Słońce wisiało już wysoko na niebie, kiedy otworzyłam oczy. Ziewnęłam, podniosłam się z łóżka i przeciągnęłam. „Co za dziwny sen” - pomyślałam. Spojrzałam na poduszkę – ujrzałam czarne niczym heban pióro ogromnych rozmiarów. Wtedy do mnie dotarło. „Był tutaj” - pomyślałam. Przez okno ujrzałam tatę niosącego karton. Jak zwykle zżerała mnie ciekawość co tym razem przyniósł z pracy. Stanęłam w drzwiach bawiąc się piórkiem. Z pudła wydobywało się skomlenie. Podeszłam bliżej, a moim oczom ukazał się czarny szczeniaczek z białą plamką na uchu. Łzy stanęły mi w oczach.
-Fajny psiak co? Taki jak nasz Kropek, to pomyślałem, że Ci się spodoba. - oznajmił tata
-Jest śliczny, dziękuję – odpowiedziałam biorąc pieska w objęcia. Na ustach pojawił się szeroki uśmiech, tej radości nie da się opisać. „Obiecałem” - rozległ się znajomy głos w mojej głowie. Rozejrzałam się dookoła z nadzieją, że go zobaczę, ale na próżno.
-To jak go nazwiemy? - spytał tata
-Nevan – odpowiedziałam z uśmiechem po chwili zastanowienia.
-Co? Co to za imię dla pasa? Skąd ci to przyszło do głowy?
-Mój przyjaciel ma tak na imię.
-To dziwny jakiś ten Twój przyjaciel.
-Oj i to bardzo – zaśmiałam się.
-To co? Może Kropek?
-Nie. Nevan zostaje – oznajmiłam i wróciłam do domu ignorując minę taty, która mówiła sama za siebie: „chyba żartujesz?”.
  • awatar Mrs. writer: @Szarpanina: dzięki :D Może kiedyś uda mi się wydać książkę :)
  • awatar Kłębek Mroku: Zobaczyłam link do tego opowiadania w jednym z twoich komentarzy na czyimś blogu i coś mnie skusiło żeby je przeczytać. Masz talent! Gdybyś napisała książkę to na pewno ją bym przeczytała. :)
  • awatar Mrs. writer: wow :D dziękuję, te słowa wiele dla mnie znaczą :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (8) ›
 

 
Założyłam tego bloga, ponieważ mam zamiar umieszczać na nim tylko i wyłącznie swoje opowiadania, ewentualnie ciekawostki związane z literaturą. Zachęcam do czytania

*aktualnie blog jest w trakcie budowy